Podróże

Just another WordPress.com weblog

Pablo Neruda

Opublikował/a ancia w dniu czerwiec 7, 2009

neruda

Pablo Neruda (1904-1973) , poeta chilijski, był jednym z najwspanialszych poetów dwudziestego wieku. Potrafił za równo wyrazić głebię uczuć i przeżyć na sprawą innowacyjnych metafor jak i dogłębnie i poetycznie przeanalizować pewne aspekty rzeczywistości społeczno-politycznej.
Już jako nastolatek publikował artykuły w czasopismach literackich, a w wieku 20 lat opublikował jeden ze swoich najbardziej znanych tomików poezji Dwadzieścia wierszy o miłości i jedna pieśń rozpaczy.

Studiował język francuski i oprócz twórczości poetyckiej (w ‘71 rok otrzymał Nobla literatury, dostał też tutuł doktora honoris causa uniwersytetu okswordzkiego w ‘65) był również zaangażowany politycznie: w 1926 roku rozpoczął karierę dyplomatyczną pracując w konsulatach w Burmie, na Sri Lance, Javie, w Singapurze, Argentynie i w Hiszpanii.
Po wybuchu hiszpańskiej wojny domowej  (1936) był związany z ruchem republikańskim zarówno w Hiszpanii jak i we Francji. W Chile dołączył do Partii Komunistycznej i był wybrany na kandydata w wyborach prezydenckich 1970 roku, ale zrezygnował na rzecz Salvadora Allende. Krótko potem został nominowany ambasadorem we Francji. Zmarł na raka.

————————————————

Cortés

Cortés no tiene pueblo, es rayo frío,                                                                                                                                                     corazón muerto en la armadura.
“Feraces tierras, mi Señor y Rey,
templos en que el oro, cuajado
está por manos del indio.”

Ya avanza hundiendo puñales, golpeando
las tierras bajas, las piafantes
cordilleras de los perfumes,
parando su tropa entre orquídeas
y coronaciones de pinos,
atropellando los jazmines
hasta las puertas de Tlaxcala.

(Hermano aterrado, no tomes                                                                                                                                                               como amigo al buitre rosado.                                                                                                                                                                  desde el musgo te hablo, desde
las raíces de nuestro reino.
Va a llover sangre mañana,
las lágrimas serán capaces
de formar niebla, vapor, ríos,
hasta que derritas los ojos.)

Cortés recibe una paloma,
recibe un faisán, una cítara
de los músicos del monarca,
pero quiere la cámara del oro
quiere otro paso, y todo cae
en las arcas de los voraces.
El rey se asoma a los balcones:
“Es mi hermano”, dice. Las piedras
del pueblo vuelan contestando,
y Cortés afila puñales
sobre los besos traicionados.

Vuelve a Tlaxcala, el viento ha traído
un sordo rumor de dolores.

————————————————————

Cortés

Cortés [1] nie ma ludu, jest zimnym piorunem,                                                                                                                                  martwym sercem w zbroi.                                                                                                                                                                   “Żyzne ziemie, mój Panie i Królu,                                                                                                                                                         świątynie w których złoto, pożądane                                                                                                                                                         jest przez ręce indianina.” [2]

Już postępuje na przód zatapiając sztylety, uderzając
niskie ziemie, stąpające
łańcuchy górskie perfum,
zatrzymując swoje wojsko pomiędzy orchideami
i koronami sosen,
potrącając jaśminy,
aż do bram Tlaxcala. [3]

(Bracie przerażony, nie bierz
za przyjaciela sępa różowego. [4]
z mechu do ciebie mówię, z
korzeni naszego królestwa.
Krew będzie padać jutro,
łzy będą zdolne
do utworzenia mgły, pary, rzek,
aż rozpuścisz oczy.)

Corés dostaje gołębia,
dostaje bażanta, cytrę
muzyków monarchy,
ale chce izbę ze złota,
chce więcej, i wszystko wpada
w skarbce nienasyconych.
Król [5] wychyla się z balkonów:
“To mój brat,” mówi. Kamienie
ludu szybują odpowiadając,[6]
i Cotés ostrzy sztylety
nad zdradzonymi pocałunkami.

Wraca do Tlaxcala, wiatr przyniósł
głuchy szmer bólu.

[1] Hernán Cortés (1485-1547), hiszpaski zdobywca Meksyku (w tamtym czasie królestwa Azteków).
[2] Cytowane z listu, który Cortés napisał do Karola V, cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego i Narodu Niemieckiego oraz króla Hiszpanii, i w którym opisywał co znalazł w Nowej Hiszpanii, później znanej jako Meksyk.
[3] Tlaxcala to dziś jeden z meksykańskich stanów. Indianie Tlaxcala nigdy nie byli podbici przez Azteków i przez wiele lat toczyli z nimi walki. Kiedy do dzisiejszego Meksyku przybili Hiszpanie, indianie Tlaxcala dołączyli się do Cortesa w walce z Aztekami.
[4] odnosi się tutaj do Hiszpan.
[5] król Azteków w tamtym okresie, Moctezuma II (1466-1520)
[6] Moctezuma został ukamieniowany przez Azteków za zaufanie Hiszpanom (taka jest jedna z wersji jego śmierci).

Opublikowany w Chile, poezja | Zostaw Komentarz »

Niedzielna Feria, Barrio Yungay

Opublikował/a ancia w dniu czerwiec 7, 2009

Każdej niedzieli w Barrio Yungay mamiejsce feria coś w rodzaju giełdy/rynku na którym można zaopatrzyć się głównie w najrozmaitrze owoce i warzywa, jak również w ryby i owoce morza, ubrania, filmy i płyty. Podobnego rodzaju ferie odbywają się codziennie w różnych częściach miasta. Warzywa i owoce są tutaj o wiele tańsze i świeższe od tych w supermarketach.

feria1feria2feria3feria4

Opublikowany w Chile | Zostaw Komentarz »

Barrios (sąsiedztwa) – Santiago, Chile

Opublikował/a ancia w dniu czerwiec 2, 2009

casitas del barrio alto - Providencia i Las Condes z wzgórza św. Krzysztofa

casitas del barrio alto - Providencia i Las Condes ze wzgórza św. Krzysztofa

Santiago jest ogromnym, prawie sześciomilionowym miastem  rozpościerającym się na powieszchni ponad 600 km2. Jest bardzo posegregowane klasowo, coś co zostało doprowadzone do sytuacji ekstremalnej za dyktatury Pinocheta, kiedy slamsy zostały wyrzucone poza miasto i wprowadzono system zarządzania, w którym sąsiedztwa z najbogatszymi mieszkańcami mają najwięcej pieniędzy na roboty publiczne.

Najbogatsi mieszkańcy zamieszkują wschodnią część miasta, min. sąsiedztwa Providencia, Las Condes i La Dehesa, które są uważane za najbogatsze w całej Ameryce Łacińskiej. Dwa piewsze nie wiele różnią się wyglądem od części miast europejskich: pomiędzy przeszklonymi budynkami co chwilę można natknąć się na Starbucksa i na sklepy z najdroższymi zagranicznymi markami, uliczkami przemykają się pokojówki w szarych albo różowych fartuchach, są parki z rzeźbami i ścieżki rowerowe, ulice są czyste a wzdłuż nich ciągną się szeregi drzew.  Do La Dehesy nie można dojechać transportem publicznym, są tam pola golfowe i ogromne rezydencje. Wschodnia część miasta, w której znajdują się te sąsiedztwa, jest najpiękniej położona geograficznie, u podnóża gór, i z tego względu jest jedynym miescem w mieście, w którym zimą (lipiec-sierpień) można natknąć się na śnieg.

La Dehesa - zdjęcie ze strony www.skyscrapercity.com/showthread.php?t=664188&page=4

La Dehesa - zdjęcie ze strony www.skyscrapercity.com/showthread.php?t=664188&page=4

La Dehesa - zdjęcie ze strony //travel.webshots.com/photo/1098952772014644493ixMVhw

La Dehesa - zdjęcie ze strony //travel.webshots.com/photo/1098952772014644493ixMVhw

Mieszkam pomiędzy Barrio Brasil i Yungay, określane tutaj często sąsiedztwami cygańskimi ze względu na dużą ilość kawiarni artystycznych i anarchistycznych, jak również różnego rodzaju barów. Można tutaj odczuć “życie sąsiedzkie” – jest dużo małych sklepików spożywczych i małych artystycznych kawiarenek (w centrum co druga kawiarnia nazywa się Business Cafe i jest wypełniona panami w żółtych krawatach i paniami w szpilkach). Okoliczna Plaza Brasil każdej nocy jest pełna nastolatków i dzieci, bezdomne psy wylegują się na chodnikach.

- Fajnie jest czasem odwiedzić Barrio Brasil, ale ogólnie rzecz biorąc to  dla mnie za dużo. – powiedział mi kiedyś, poprawiając swój krawat, znajomy chilijczyk, adwokat, z którym spotkałam się na kawę w Starbucksie, w Las Condes, w czasie jego przerwy na lunch.

To cały czas zaskakuje mnie w Santiago – jeśli na ulicy widać kogoś z klasy biedniejszej, zaraz uważa się, że jest niebezpiecznie. Zupełnie inaczej jest w Buenos Aires gdzie społeczeństwo jest o wiele bardziej wymieszane.

jedna z ulic w Barrio Brasil

jedna z ulic w Barrio Brasil

Barrio Yungay - widok z okna w kuchni

Barrio Yungay - widok z okna w kuchni

Barrio Yungay - ulica, na której mieszkam

Barrio Yungay - ulica, na której mieszkam

Barrio Brasil - po prawej stronie Plaza Brasil, po lewej Fundacja Victora Jary

Barrio Brasil - po prawej stronie Plaza Brasil, po lewej Fundacja Victora Jary

Opublikowany w Chile | Zostaw Komentarz »

Essaouira – Maroko

Opublikował/a ancia w dniu październik 29, 2008

Essaouira (wymowa: esałera) jest małym portowym miastem na wybrzeżu Oceanu Atlantyckiego. Z tego co się dowiedziałam nazwa miasta oznacza “dobrze zaprojektowane;” została ona nadana miastu przez sułtana Sidi Mohameda ben Abdallaha w drugiej połowie 18tego wieku, który zlecił pewnemu francuskiemu architektowi zaprojektowanie miasta w dawnej wiosce rybackiej (wcześniej wioska nosiła nazwę Mogador, która została jej nadana przez portugalczyków, Francuzi na początku 20tego wieku zminili nazwę z powrotem na Mogador a po odzyskaniu niepodległości przez Maroko dokonano kolejnej zmiany na Essaouira).

Bryza, słońce i zrelaksowana atmosfera pozwoliły na nabranie głębokiego oddechu i na odpoczynek po hałasie i tłoku fezyjskiej i tangierskiej mediny. Piaszczyste plaże były nieomal puste a pomimo środka zimy (styczeń) słońce było tak mocne, że z łatwością można było się opalić (ale był chłodny wiatr tak więc nosiliśmy cieńkie swetry). W autobusie z Marrakeszu poznaliśmy kilka osób z Ameryki Łacińskiej i z Australii, i kiedy po wyjściu z autobusu pewien nastolatek powiedział, że może nas zaprowadzić do miejsca gdzie będzie tanie zakwaterowanie dla nas wszystkich, zgodziliśmy się za nim pójść. Zaprowadził nas do domu w medinie, w którym pierwsze piętro było zajmowane przez pewną rodzinę, a drugie (dwa pokoje, kuchnia i łazienka) wynajeliśmy my. Zapłaciliśmy rodzinie mieszkającej na dole, daliśmy chłopakowi napiwek i zanieśliśmy torby do pokojów. Wszyscy taszczyliśmy za sobą plecaki i skromne warunki nam nie przeszkadzały. Było bardzo tanio, mieliśmy wodę (chociaż zimną), gaz do gotowania, materace na podłodze (w jednym pokoju było nawet łóżko) i koce (w nocy temperatura spadała w granice 10C). Jeżdżąc po Maroku prawie zawsze przy nadjeżdżających autobusach gromadzą się osoby oferujące pokoje i przekonywują aby za nimi pójść. Moim zdaniem warto z tego korzystać zamiast z dużych hoteli – nie tylko można wesprzeć jakieś rodziny ale też poznać ciekawe zakątki miasta.

Spędziliśmy kilka dni na włóczeniu się po miasteczku, spacerach wzdłóż plaży i przesiadywaniu na piasku patrząc na ocean i na zachody słońca. Potem udaliśmy się do Marakeszu, który miał być ostatnim przystankiem tej podróży.

Opublikowany w Maroko | Otagowane: , | Komentarzy: 2 »

Fez (3) – Maroko

Opublikował/a ancia w dniu październik 13, 2008

Widok miasta z Borj Nord

Widok miasta z Borj Nord

Chodząc po medinie przeklinałam swoje blod włosy i jasną karnację, mimo że miałam na sobie stare spodnie i najzwyklejszą koszulkę (aby zmniejszyć robienie wrażenia “zachodniego bogacza”) to gdziekolwiek się pojawiłam zwracałam na siebie uwagę – zagadywali mnie sprzedawcy i mężczyźni. Mimo, że od czasu do czasu miło było zacząć z kimś rozmowę, te zaczepki były tak nagminne, że po czasie zrezygnowałam z włóczenia się, usiadłam w kawiarni i popijając sok pomarańczowy (soki z pomarańczy w Maroko są najpyszniejszymi jakie kiedykolwiek piłam) patrzyłam na samobójcze wyczyny kierowców przejeżdżających samochodów. Zresztą, tym zaczepkom i ciekawości nie ma się co dziwić – lata bycia wyzyskiwanym przez Zachód połączone z propagandą o wyższości kulturalnej i ideologicznej Europy czy Stanów zrobiły swoje.

Następnego dnia spotkałam się z chilijczykiem, którego poznałam w schronisku w Hiszpanii tuż przed moim

Widok z Borj Nord (2)

Widok z Borj Nord (2)

wyjazdem do Maroka. Okazało się, że on też planował jechać do Fezu tak więc umówiliśmy się na spotkanie jak obydwoje tutaj dojedziemy. Chodzenie z Pedrem po medinie było zupełnie innym doświadczeniem – wyglądał jak rodowity marokańczyk, nikt nas nie zaczepiał a jego czasem pozdrawiano po arabsku. Dzień później dołączył do nas kolega z Polski, zaprosiliśmy Pedra do towarzyszenia nam i już do końca jeździliśmy razem. Z pewnością, kiedy byłam z nimi mój odbiór Maroka zmienił się, wrażenia były już o wiele mniej intensywne, ale czułam się o wiele bardziej zrelaksowana. Mimo wszystko, gdybym miała jechać jeszcze raz do Maroka (co chcę zrobić) to najprawdopodobniej znowu zdecydowałabym się na samotną podróż – bycie sam na sam z tamtym światem i kulturą jest niesamowitym wrażeniem (ale na pewno nauczyłabym się więcej arabskiego).

Ostatniego wieczoru wybraliśmy się na Borj Nord, miejsce położone poza starym miastem, na wzgórzu, z którego był niesamowity widok na Fez (Borj został zbudowany w XVI wieku przez sułtana Ahmeda al-Mansoura i służył do monitorowania populacji miasta) . Okolica była pełna rodzin i grupek ludzi (najczęściej mężczyzm) relaksujących się na ławkach lub na trawie na wzgórzu skąd wyraźnie było widać miasto i dym w oddali ulatujący z fabryki porcelany. Siedzieliśmy tam na kamieniu może godzinę, albo dwie. Wtedy poczułam, że Fez jest jednym z najwspanialszych miast, w którym kiedykolwiek byłam.

Następnego dnia wcześniej rano wsiedliśmy w pociąg jadący do Marakeszu gdzie mieliśmy się przesiąść na autobus do Essaouiry – na początku plan był aby pojechać do Casablanki, ale zarówno miejscowi w Fezie jak i turyści mówili, że tam nie ma nic za bardzo do zobaczenie – jest to duże i głównie finansowe miasto – zasugerowano nam Essaouire, a ponieważ byliśmy spragnieni widoku oceanu, wybraliśmy się właśnie tam.

Garbalnia fezyjska

Garbalnia fezyjska

Opublikowany w Maroko | Otagowane: | 1 komentarz »

Maj’68 poprzez film

Opublikował/a ancia w dniu październik 12, 2008

Film Garrela “Zwyczajni kochankowie” (2005) jest odpowiedzią na “Marzycieli” Bertolucciego (2003), w którym trójka studentów przeżywa rewolucję będąc zamkniętym w czterech ścianach i spędzając czas na grach i eksperymentach seksualnych. Obraz tamtego Maja w filmie Bertolucciego jest zupełnie wyidealizowany i tamten okres wydaje się być symbolem emancypacji i wolności.

Garrel przedstawia zupełnie inną stronę tamtych wydarzeń – skupia się na strachu, oczekiwaniu, nadziei, jak również na upadku rewolucji. Pierwsza część filmu to dźwięki, obrazy, i prawie brak słów. Czas maja 68 roku wydaje się być zamrorzony w teatralnej przemocy. Druga część filmu odbywa się w rok później i jest skupiona na romansie poety i rzeźbiarki, którzy starają się na próżno kontynuować idealizm, który towarzyszł słynnemu majowi, są odizolowani od społeczeństwa, spotykają się z niezrozumieniem klasy (proletariatu) i wydają się prowadzić życie marząc tylko i wyłącznie o tym co już zostało stracone.

Opublikowany w film | Otagowane: | Zostaw Komentarz »

Fez (2) – Maroko

Opublikował/a ancia w dniu październik 11, 2008

Jedno z biedniejszych miejsc w medinie, z dala od "szlaków" turystycznych

Jedno z biedniejszych miejsc w medinie

Kiedy dojechałam do poczty w fezyjskiej medynie, Fatimy już tam nie było w związku z czym wyruszyłam w poszukiwaniu telefonu. Wykręciłam numer zapisany na kartce starannym pismem Rashida. Kiedy usłyszałam głos kobiety, wykrzyknęłam: “Ania…. le poste….. Rashid…..” (fatima mówiła tylko po arabsku, a ja prawie nic w tym języku), odniosłam wrażenie, że mnie zrozumiała bo zaczęła mówić coś szybko bardzo radosnym głosem powtarzając “le poste”. Po odłożeniu słuchawki wróciłam pod zamkniętą pocztę, czekając usiadłam na schodach.

Na tych schodach musiałam wywierać wrażenie podobne do tego jaki wywarłby murzyn siedzący na schodach w małej wiosce w Polsce. Zaczęły się zbiegać dzieci, rzucając coś do mnie po angielsku albo francusku, pytając się co tutaj robię, skąd jestem. Przed pocztą zatrzymał się samochód wypełniony 30-kilka letnimi mężczyznami, którzy zaczęli do mnie wymachiwać i coś mówić, przechodni się we mnie wpatrywali, co chwilę ktoś się zatrzymywał i zaczynał rozmowę. A ja się chciałam stać niewidoczna, w pobliżu nie było miejsca, w którym można było się schować. Pomyślałam, że jest jakaś dobra strona tego, że spacerując ulicą w dużych miastach Europejskich można umrzeć na chodniku i nikt tego nie zauważy. W Fezie, kiedy kilka dni potem chodziłam po medynie i ktoś upadł, zaraz wokół niego stworzyła się grupka ludzi chcących pomóc, pytających jak się czuł. Potrzebowałam czasu, aby przyzwyczaić się do tych nowych realiów i do bycia traktowanym jak “bogacz z zachodu.”

Po około połowie godziny czekania zobaczyłam dwie kobiety idące w moją stronę z uśmiechem na twarzy. Fatima była ubrana w niebieską sukienkę z hustą na głowie w tym samym kolorze, a jej koleżanka-sąsiadka, również Fatima, nosiła suknię w kolorze świetlistej pomarańczy. Wycałowały mnie, pomogły nieść torbę i poszłyśmy w kierunku wąskich uliczek mediny. Szłyśmy takim labiryntem, że przeszło mi przez myśl, że gdyby mnie tam zostawiły to błądziłabym wśród tych tuneli kilka lat – uliczki miały może dwa metry szerokości, a wzdłóż nich ciągnęła się ściana budynków z małymi oknami gdzieś na górze. Dotarłyśmy to domu, który z zewnątrz wyglądał tak jak wszystkie inne w medinie: pionowa ściana i metalowe (jakby więzienne) drzwi. Po ich otwarciu ukazała się wąska, ciemna i kręcąca się klatka schodowa. Fatima zaprowadziła mnie na drugie piętro a tam ukazał się salon rodem z Tysiąca i Jednej Nocy – bardzo wysoki sufit, kanapy z dużą ilością poduszek, mozaika na ścianach i łuki. Światło wpadało przez dach, który znajdował się na wysokości może dwóch kondygnacji wyżej. Było skromnie ale ten egzotyzm i jego elegancja przyprawiły mnie o zawrót głowy. Mój pokój był zaraz obok salonu. Zostawiłam torbe, wypiłam herbatę marokańska i zjadłam trochę migdałowych ciastek, którymi mnie poczęstowano, po czym wyruszyłam aby pochodzić po medinie. Fatima poszła ze mną aby mnie wyprowadzić do głownej drogi, rozmawiałyśmy gestami, starałam się zapamiętać arabskie wyrażenia i po drodze wytęrzałam wzrok aby nie zapomnieć drogi powrotnej.

Opublikowany w Maroko | Otagowane: , | Zostaw Komentarz »

Fez (1) – Maroko

Opublikował/a ancia w dniu wrzesień 30, 2008

Sprzedawca w medinie w Fezie

Sprzedawca w medinie w Fezie

Pociąg z Tangieru w stronę Fezu odjechał w granicach godziny jedenastej rano. Większość podróży spędziłam na wpatrywaniu się w nizinne krajobrazy – pola i ludzie na nich pracujący, przejeżdżające samochody itd. Na przeciwko mnie siedziała 50-60 letnia kobieta ubrana na czarno, z hustą na głowie, a obok niej 30-letni syn (tak mi się wydaje). Co chwilę czułam na sobie jej ciekawy wzrok. W pewnym momencie wyciągnęła kanapkę, i gdy na nią spojrzałam wysunęła ją w moją stronę mówiąc coś po arabsku, co zrozumiałam jako zaproszenie do poczęstunku. Odmówiłam i pochwili popatrzyłam na nią jeszcze raz z uśmiechem, wtedy ona ponagliła zaproszenie. A ja się uśmiechałam, bo poczułam się otoczona opieką – jej wzrok, gesty i uśmiech sprawiały, że czułam się jakbym podróżowała z członkiem rodziny. Już do końca podróży porozumiewałyśmy się spojrzeniami, uśmiechami i gestami.

W przerwie pomiędzy obserwowaniem krajobrazów i osób w pociągu (najczęściej podróżujące rodziny), pozwalałam szybować mojej wyobraźni podczas czytania książki o Fezie. Do Fezu przyciągało mnie głównie to, że jest to najstarsze z miast imperialnych – pierwszy uniwerstet śwata powstał właśnie tutaj, medyna (stare miasto zbudowane niby labirynt) fezyjska jest najstarszym zamieszkałym średniowiecznym miastem w świecie arabskim, podczas gdy marokański ruch niepodległościowy (Maroko uzyskało niepodległość od Francji i Hiszpanii pomiedzy 1956-8) zrodziło się włąśnie tutaj i, podobno, gdy w państwie odbywają się wszekiego rodzaju protesty, są one najgłośniejsze właśnie tutaj. Być może z powyższych powodów, z tego co słyszałam, jest powszechną wiedzą wśród elit marokańskich, że ten kto urodził się w Fezyjskiej medynie jest bardziej kulturalny, religijny, artystyczny i wyrafinowany.

Moją lekturę przerwały ogłoszenia (po francusku i arabsku) dochodzące z głośników pociągowych. Domyśliłam się, że chodziło o przypomnienie pasażerom jadącym do Marakeszu o wysiąściu i zmianie pociągu – widziałam takie ogłoszenie na dworcu w Tangierze, no i pomogła mi znajomość hiszpańskiego, które ma bardzo dużo podobieństw do francuskiego (często wystarczy dodać do francuskiego słowa końcówkę ‘a’ albo ‘o’ i powstaje słowo hiszpańskie). W tym samym momencie siedzący po ukosie marokańczyk odezwał sie po angielsku pytając czy zrozumiałam ogłoszenia i tłumacząc je. Podziękowałam, ale na dalsze pytania – gdzie jadę, co robię, skąd jestem… odpowiadałam z dystansem. Osobie “białej” w krajach azjatyckich, afrykańskich itp. jest trudno się czasem otworzyć, jest się traktowanym jako ktoś bogaty i bardzo ciężko jest rozpoznać czy zagadanie drugiej osoby to uprzejmość i ciekawość czy oportunizm. Często trzeba w pewien sposób zaryzykować. Tak zrobiłam. Okazało się, że Rashid (tak się nazywał) wracał z Tangieru gdzie szukał pracy, że jakiś czasów wrócił ze Stanów (z Ohio) gdzie skończył studia. Zagadnęłam go o to w jaki sposób dojechać do pewnego adresu (był tam hotel, w którym się miałam zatrzymać, nie zarezerwowałam miejsca, miałam nadzieję, że będą mieli wolny pokój, a jeśli nie to wkoło było dużo innych hoteli). On napomknął, że ma osobę w rodzinie, wdowę z córka, które wynajmują pokoje w swoim domu, zapytał czy byłabym zainteresowana. Podeszłam do tego z odrobiną nieufności i ciekawości, on chyba to pierwsze dostrzegł bo upewniał mnie, że w tym domu nie mieszkają żadni mężczyźni. W końcu zgodziłam się aby do nich zadzwonił, zrobił to z komórki, zapisał mi gdzie Fatima (tak się miała nazywać ta kobieta) bedzie na mnie czekać, podał numer telefonu na wszelki wypadek (ostrzegając, że fatima mówi tylko po arabsku, ale jej nastoletnia córka zna angielski i francuski).

Jedna z głównych uliczek targowych w medinie

Jedna z głównych uliczek targowych w medinie

Pociąg totarł do celu. Pożegnałam się z Rashidem (powiedział, że jak już dotrę to zadzwoni do Fatimy i zapyta się mnie jak mi się podoba), odeszłam trochę dalej od dworca aby złapać taksówke (na dworcu taksówkarze strasznie zdzierają z turystów, zdaniem Rashida). Byłam zaskoczona jak działał system taksówkowy – taksówka zatrzymywała się, nie jak była pusta, tylko jak było miejsce. Tak więc kiedy samochód się przedemna zatrzymał już w nim któś był – jakaś para jadąca pod dworzec. Najpierw odwieźliśmy ich, potem kierowaliśmy się w kierunku jednej z poczt w medinie, gdzie miała na mnie czekać Fatima. Pociąg się spóźnił i długo czekałam na taksówke – umówiłam się z Fatimą na 15, była już 16.

Opublikowany w Maroko | Otagowane: , | 1 komentarz »

Literatura feministyczna – Atwood i Jong

Opublikował/a ancia w dniu wrzesień 29, 2008

W przerwie w opowieściach o Maroku…

Czytanie literatury pięknej to też podróż. Prawdę mówiąc bardzo często można się z niej dowiedzieć więcej na temat historii, relacji społecznych, polityki, myśli itd niż z publikacji poświęconych tylko i wyłącznie wymienionym tematom. A ten rodzaj podróży nie odywa się tylko i wyłącznie w przestrzeni, jest również podróżą w czasie i na wskroś - pozwala dostrzec wiele wymiarów i złożenie sytuacji (odnoszę się tutaj do literatury którą można określić mało precyzyjnym terminem “klasyczna”, literatury która nie podsuwa prostych odpowiedzi i rozwiązań, która nie jest skomponowana na zasadzie przeciwieństw: czarne-białe itp).

“Opowieść podręcznej” Margaret Atwood przeczytałam z wypiekami na policzkach nie tylko dla tego, że ta powieść ma niesamowicie wciągający wątek, ale również z tego powodu, że poczułam się w jakiś sposób zjednoczona z autorką, co chwilę miałam ochotę krzyknąć do niej – wiem co chcesz powiedzieć! albo uśmiechałam się zauważając, że nie jestem sama. Że ona też dostrzega absurd i pomylenie tego świata.

Ta opowieść o charakterze science-fiction ma miejsce w Stanach Zjednoczonych, w której fundamentaliści religijni zdobyli władzę i, ponieważ potrzebują wojowników do konfliktów zbrojnych, organizują relacje społeczne w taki sposób, że rolą płodnych kobiet jest tylko i wyłącznie reprodukcja. W wymiarze politycznym książka, napisana w latach 80tych, odnosi się szczególnie do fundamentalizmu religijnego wymierzonego przeciwko kobietom kwitnącego w Stanach Zjednoczonych w tamtym okresie (autorka jest Kanadyjką). Jej wymiar nie jest tylko i wyłącznie historyczny – myślę, że stosunek polskich “myślicieli” takich jak Kaczyńscy czy Giertycha wobec kobiet jest bardzo podobny do władców przedstawianego w powieści świata (wywyższenie kobiety “tradycyjnej” – naczynia dla nasienia męskiego). Ten kontekst realiów Polskich jest fajnie opisany w najnowszej książce Agnieszki Graff “Rykoszetem: rzecz o płci, seksualności i narodzie.”


Książka Erica’i JongStrach przed lataniem” ma trochę inny wymiar. Jest bardziej o emancypacji seksualności kobiety. Główna bohaterka jest kobietą podróżującą z mężem i fantazjującą na temat “bezrosporkowego seksu” (szybkiego) z nieznajomymi mężczyznami. Książka, tak samo jak tzw. feministki rzeciej fali, głównie skupia się na wskazaniu w jaki sposób kategorie kobieta -mężczyzna są konstruowane w sposób społeczny, wskazuje na fundamentalną dwuznaczność tych kategorii.



Opublikowany w literatura | Otagowane: , | Komentarzy: 2 »

Tangier – Maroko

Opublikował/a ancia w dniu wrzesień 28, 2008

ze strony www.sobi.org

zdjęcie Tangieru ze strony www.sobi.org

Już od dłuższego czasu myślałam o wyjeździe do Maroka i w pewnym momencie pojawiła się okazja. Zdecydowałam się pojechać do Hiszpanii i przepłynąć statkiem przez Giblartar – z Algeciras do Tangieru. Po krótkiej podróży (w której dostałam choroby morskiej i poznałam izraelczyka-lekarza karzącego machać mi głową w rytm bujania statku: góra, dół, góra, dół… aby poczuć się lepiej) znalazłam się w Tangierze. Wychodziłam na brzeg z ciekawością – czy Maroko jest podobne do tego co pokazują w filmach irańskich? czy mi, jako kobiecie, będzie łatwo poruszać się samej, czy bezpiecznie? Przed wyjazdem znalazłam w internecie komentarze kobiet podóżujących samotnie w tamtym regionie i informacje były sprzeczne. Czułam jednocześnie strach i ogromną ciekawość. Emocje tak niesamowicie mnie pochłonęły, że ogłoszenia na statku mówiących o obowiązku podbicia paszportu w małym “kisoku” na statku nie dotarły do moich uszu.

Po wyjściu z portu opadła mi szczęka – w styczniowym słońcu rozprześcierała się przedemną niby-ściana białych lub kremowych domów, wydawało się, że w powietrzu unosił się kurz, a może to tylko odbicie słońca od budynków swarzało taki efekt…? W Tangierze spędziłam tylko jedną noc i nie zrobiłam żadnych zdjęć – z jednej strony nie chciałam się wyróżniać wyglądając jak turysta, z drugiej strony byłam tak pochłonięta przyswajaniem sobie wszystkiego co widziałam, że nawet nie myślałam o wyciąganiu aparatu. Do samego aparatu przekonałam się dosyć niedawno kiedy znajomi i rodzina zasypywali mnie pytaniami o zdjęcia a ja miałam tylko obrazy w głowie. Ale obrazy o wiele bogatsze niż zdjęcia – z zapachami, wiatrem, ze strachem i podnieceniem.

Fatema Mernissi - marokańska socjolożka i feministka

Fatema Mernissi - marokańska socjolożka i feministka

Kawałek po wyjściu z portu wymachując rękami na wszystkie strony złapałam taksówkę do hotelu – nie chciałam się włóczyć z torbą pod górę tymbardziej, że uliczki wydawały mi się labiryntami. Pozdrowiłam kierowcę sentencjami arabskimi, których się nauczyłam przed wyjazdem, upewniłam się, że włączył metromierz i pojechaliśmy.

Wyglądając ukratkiem z okna hotelowego na ulicę nie było widać ani jednej samotnie idącej kobiety i pomimo, że niektóre chodziły na wysokich obcasach i w ubraniach “zachodnich” to większość była w hustach (po prostu mieszkałam w takiej części miasta, są też inne, w których prawie nie ma kobiet w hustach). Ogarnęły mnie wątpliwości jeśli chodzi o wyjście na ulicę: było już późne popołudnie, niedługo miało się ściemnić…  A jednak była to jedyna możliwość zobaczenia miasta ponieważ następnego rana odjeżdżał planowany pociąg do Fezu. Przystanek w Tangierze był przymusowy, ponieważ pociągi do Fezu odjeżdżały następnego dnia. Powodem mojej ochoty ominięcia Tangieru były opiy tego miasta jakie słyszałam przed wyjazdem (że nic tam nie ma, że jest brzydkie i przede wszystkim, że jest centrum biznesowym, co mnie od razu odstraszyło!! :) ). Ale z całej podróży chyba najfajniej wspominam Tangier – być może ten widok na morze ze zbudowanego na wzgórzu miasta i poczucie bycia na drugim końcu świata mimo, że w odległości ok.2 godzin podróży statkiem znajdowała się Europa, dodawał takiej magii.

Tego wieczoru zdobyłam się wreszcze na wyjście. Oczywiście zaraz po kilku krokach zostałam zaczepiana to tu to tam przez osoby (mężczyzm) starające mi się coś sprzedać, pytające się skąd jestem, uśmiechające się, zagadujące. Nieopodal targu usiadłam w kawiarni (niemal wyłącznie wypełnionej mężczyznami), na zewnątrz, skąd miałam świetny punkt do obserwacji. Czułam że wzrok pada na mnie ze wszystkich stron. Poprosiłam kelnera o taki sam napar (w srebrnym dzbanku) jaki nalewała sobie większość klientów. Była to herbata marokańska, która okazała się naparem ze świerzej mięty z dużą ilością cukru. Od tamtej pory sączyłam ją codziennie podczas mojego pobytu, siedząc w cieniu i obserwując przechodzących ludzi – coś co wydaje się robić prawie każdy marokańczyk. Ten strach chodzenia samej po okolicy pod koniec mojego pobytu w Maroko już prawie zaniknął – pomimo biedy ludzie są bardzo ciepli i mili. Po wyjściu z kawiarni, a może lepszym słowem byłoby “pijęciarni”, udałam się powoli do hotelu rzucając okiem na wybrzeże. Nie chciałam chodzić po ulicach sama po zmroku.

Następnego ranka przyprawiłam kucharki o śmiech kiedy zamiast do restauracji weszłam do kuchni w poszukiwaniu śniadania, już z pełnym brzuchem złapałam taksówkę, rzuciłam “lagaar barakalaufik” (dworzec kolejowy proszę) i już wkrótce kupowałam bilet do Fezu (podróż miała trwać 5 godzin).

Opublikowany w Maroko | Otagowane: , | Komentarzy: 3 »